Arrow-long-left
#11
PL|EN

Wywiady

Serwis

Chcieliśmy pisać o sztuce w taki sam sposób, w jaki o niej rozmawiamy

spotkanie redakcyjne Magazynu PUNKT

Magazyn „PUNKT” był internetowym kwartalnikiem w formie bezpłatnego pliku PDF wydawanym przez Galerię Miejską Arsenał w Poznaniu w latach 2010-2015.„PUNKT”, jak piszą redaktorzy i redaktorki, miał być autonomicznym i wysokogatunkowym fragmentem przestrzeni medialnej dla sztuki, kultury wizualnej, myśli, słowa i przeżywania zurbanizowanego pejzażu. Autorów i autorki interesował kontekst pozaakademicki, sztuka oparta na pasji, żywe, bezpośrednie odczuwanie rzeczywistości, inspiracja zamiast oryginalności, osobowość zamiast trendu. Poprzez łączenie sztuk wizualnych z wypowiedzią teoretyczną magazyn łączył krytykę z ciekawością i wyobraźnię z doświadczeniem.

 W pierwszym wydaniu nowego „Magazynu RTV” redakcja postanowiła zapytać naszych poprzedników: Annę Czaban i Kubę Bąka o ich doświadczenie, czego się nauczyli, wydając „PUNKT” i czy mają dla nas – dopiero tworzącego się teamu redaktorskiego – jakieś dobre rady?

Zofia nierodzińska: Czym się obecnie zajmujecie?

Ania Czaban: Jestem kuratorką w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie, gdzie od czterech lat kuratoruję interdyscyplinarny projekt Ogród Miejski Jazdów poświęcony pracy z przestrzenią otaczającą budynek U-jazdowskiego, organizuję wystawy, np. ostatnio otwartą w Wilnie i Warszawie wystawę Czekając na kolejne nadejście (Waiting for Another Coming), wspólnie z Jarkiem Lubiakiem i Ulą Tornau. W tym momencie przygotowuję indywidualną wystawę Wojtka Pustoły, której otwarcie odbyło się 18 stycznia oraz robię plany na 2020. Kuratoruję też poza Zamkiem – ostatnio festiwal Narracje w Gdańsku (2017) czy festiwal One Caucasus w Gruzji (2016).

Kuba Bąk: Wspólnie z Marcinem Czerkasowem prowadzę wydawnictwo DISASTRA. Wydajemy książki artystów, jedną z pierwszych był Niebieski DwóZuzanny Bartoszek, teoretycznie najgłupszy rynkowo pomysł: poezja, autorka debiutująca, spoza środowiska poetyckiego i sprzedaliśmy cały nakład. Intensywnie pracujemy nad następnymi książkami. Oprócz tego piszę o sztuce, czasem kuratoruję wystawy i na co dzień pracuję w agencji PR-owej, do tego prowadzę udane życie rodzinne.

ZN: Jak i w którym momencie powstał pomysł na magazyn „PUNKT”?

KB: Jako pracownik Arsenału byłem odpowiedzialny za ostatni numer „Gazety Malarzy i Poetów”, pogrzebałem ją okładką ze świńskim ryjem autorstwa Radka Szlagi. Po latach uważam, że to był najfajniejszy tytuł dziadowskiej gazety artystycznej, jaki można wymyślić.

AC: Formuła „Gazety Malarzy i Poetów” w pewnym momencie się wyczerpała: nieporęczny format, czarno-białe reprodukcje prac artystycznych, spóźnione recenzje, bo Gazeta wychodziła tylko cztery razy w roku. Opatrzyła się też samym pracownikom galerii, którzy byli odpowiedzialni za jej przygotowywanie.

KB: Gazety nawet za darmo na kiermaszach nikt nie chciał brać.

okładka #16 numeru Magazynu PUNKT, obraz R. Szlagi

okładka Magazynu PUNKT, projekt: M. Matuszak

ZN: …dlatego, jako młodzi pracownicy galerii postanowiliście rozstać się z formatem „Gazety Malarzy i Poetów” i rozpocząć pracę nad nowym magazynem online? Co dokładnie stało się po podjęciu decyzji, jak następowała ta zmiana?

AC: „PUNKT” proponował zupełnie inne podejście do pisania o sztuce, w bardziej nieformalny, nieakademicki sposób. Na początku o tej nowej formule magazynu rozmawiał Michał Lasota z Kubą Bąkiem, stroną graficzną zajął się Marcin Matuszak. Michał w pewnym momencie odszedł, ja dołączyłam do redakcji. Skład redakcyjny się zmieniał, ostatecznie zostały trzy osoby: ja, Kuba i Marcin.

KB: Wychodziliśmy z założenia, że sztuka to nie jest coś odległego, ale co masa ludzi, tak jak my, po prostu praktykuje na co dzień, o czym sobie rozmawiamy, co łączymy z muzyką, z literaturą. Chcieliśmy pisać o sztuce w taki sam sposób, w jaki o niej rozmawiamy. PUNKTmiał być magazynem dla pasjonatów, amatorów, zajawkowiczów, profesjonalnych, nieprofesjonalnych, dla ludzi którzy pochodzą z różnych dziedzin, ale których sztuka po prostu interesuje, wchodzi w ich pole widzenia. Stawialiśmy znak równości pomiędzy wypowiedziami artystów i tzw. teoretyków.

AC: Podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy z papierowego formatu, że nie będziemy publikować recenzji, że interesują nas eseje wizualne — tak to sobie nazwaliśmy, czyli wizualne wypowiedzi artystów — i że będziemy zapraszać ich do tworzenia numerów magazynu na równi z autorami piszącymi teksty. Postulaty te, szczególnie zwrot w stronę nieakademickiego języka oraz doświadczenia pasjonatów amatorów,  zweryfikowały skład redakcyjny gazety. Nie wszystkim nasze pomysły się podobały, szczególnie akademikom.

ZN: Jednak niewielu amatorów pojawiało się w „PUNKCIE”, zapraszaliście głównie osoby z wykształceniem,… już istniejące w obiegu.

AC: Nie wszystkie postulaty udało się zrealizować, to prawda. Pisały dla nas osoby z wykształceniem, ale nie zawsze historyczno-sztucznym, tj. Jacek Staniszewski czy Marcin Czerkasow, którzy w nietuzinkowy sposób patrzą na kulturę i świat sztuki współczesnej. Chodziło nam o to, by teksty były przystępne, by pisać o sztuce inaczej niż np. ówczesny „Obieg” czy wspomniana już „Gazeta Malarzy i Poetów”. Szukaliśmy nowych, świeżych perspektyw na kulturę. Obok tekstów i esejów wizualnych publikowaliśmy wywiady i portfolia. Zosiu, twoje prace też były u nas prezentowane.

KB: Zapraszając ludzi do współpracy, nie sprawdzaliśmy im wykształcenia, byliśmy daleko od klucza akademickiego. Korzystaliśmy z zasobówswojego środowiska, z kręgu towarzyskiego, w jakim się bawiliśmy. Dużo było spotkań przypadkowych, szczęśliwych trafów, gdy nagle okazywało się, że ktoś, z kim rozmawiasz w całkiem innej sprawie, może zrobić coś do „PUNKTU”. Idealnymi autorami byli „intelektualiści nieakademiccy”, ale nie było też tak, żeby za wszelką cenę wynajdywać nieprofesjonalnych, naiwnych twórców czy amatorskich brut teoretyków, nie wiem,  jak to nazwać…

 ZN: Pewnie można byłoby użyć terminu outsider art, to pojęcie jest teraz w obiegu, szczególnie w Poznaniu.

KB: Wtedy nie czuliśmy podziału na zewnętrze i wnętrze, to była raczej taka codzienna egzystencja ze sztuką, nie było art worldu, dużych instytucji. Rynek sztuki nas zupełnie nie interesował, to nie była dla nas żadna perspektywa. Tak czy inaczej – nie czuliśmy się ani insiderami, ani outsiderami.

ZN: Skąd czerpaliście inspiracje? Jak widzieliście siebie na tle innych tego typu inicjatyw wydawniczych w Polsce („Obieg”, „Magazyn Sztuki”, „Format…?), a może punktów odniesienia szukaliście raczej za granicą? Forma magazynu była bardzo innowacyjna (odważne łączenie wypowiedzi wizualnej z wywiadami i autorskimi wypowiedziami w formie esejów, magazyn dwujęzyczny, online).

KB: Jeśli chodzi o konkretne inspiracje, to zawsze jak zaczynasz coś robić, patrzysz na to, co jest już dostępne. Wtedy „Obieg” przestawał być taki akademicki, przejął go Adam Mazur i Jakub Banasiak, stawał się magazynem środowiskowym, co później rozwinięte zostało w formacie „SZUMU”. „Dwutygodnika” jeszcze nie było, e-flux journalbył jakimś punktem odniesienia, może bardziej „Cabinet”. Oczywiście też „Magazyn Sztuki”, który czytałem raczej w liceum, wychowałem się na nim. Pewnie z każdego z tych magazynów coś zaczerpnęliśmy, ale nie pamiętam, co było główną inspiracją. Bardzo podobał nam się „Piktogram”, ale chcieliśmy być bardziej aktualni, nie chcieliśmy odcinać kuponów od starej polskiej sztuki, którą można by odkrywać na zewnątrz. Na pewno chcieliśmy, żeby „PUNKT” był poświęcony sztuce aktualnej, miał być magazynem otwartym, dostępnym za darmo, miał dawać ludziom, nie tylko profesjonalnie związanym ze sztuką, podstawy do czerpania satysfakcji z odbioru sztuki współczesnej. Z drugiej strony, nie robiliśmy nic, żeby go promować, zupełnie nie interesowaliśmy się tym, co będzie się z tym działo, czy ktoś to będzie czytał, czy w ogóle będzie czytał. Chcieliśmy po prostu robić coś na maksa atrakcyjnego.

AC: „PUNKT” miał formę PDF-a, który można było pobrać sobie za darmo ze strony www i wydrukować w formacie A4. Był czymś między magazynem drukowanym a internetowym, bardzo nam jednak zależało, by nie była to tylko strona internetowa z tekstami. Każdy numer tematycznie układał się w małą antologię tekstów dedykowanych jakiemuś zjawisku. Można go było sobie wydrukować na domowej drukarce, ale też w formie kolorowej książki – do tego służyła opcja „druku na żądanie”.

ZN: No właśnie, czy mieliście, jak to się teraz ładnie nazywa, jakąś konkretną „strategię promocyjną”? Kto czytał „PUNKT”?

KB: Byliśmy wolni od świadomego myślenia o promocji. Nie mieliśmy też takich ambicji, żeby wyznaczać jakieś trendy, promować, mapować, po prostu pisaliśmy o tym, co akurat nam wyszło w rozmowach, co aktualnie nas interesowało, co pojawiało się gdzieś na horyzoncie… tworzyliśmy magazyn, który sami chcielibyśmy czytać i rozmawiać o nim z naszymi znajomymi.

AC: Mieliśmy parę gadżetów, tj. torby czy notesy, organizowaliśmy spotkania wokół tematów poruszanych w magazynie. Zdaje się po roku, zaczęliśmy wydawać „PUNKT” także w języku angielskim, zyskaliśmy dzięki temu wielu czytelników spoza Polski. Próbowaliśmy się wbijać na platformy takie jak issue.com, co pewnie pomogło w zwiększeniu grona czytelników zagranicznych, ale i tak byliśmy niszowi, co właściwie było dla nas ok.

ZN: Co było dla was najważniejsze w redagowaniu „PUNKTU”?

KB: Zaangażowanie emocjonalne, nie chcieliśmy środowiskowego pisma jak „Obieg”, ani analityczno-profesjonalnego jak „MS” („Magazyn Sztuki”). Chcieliśmy robićcoś innego. Nie musiało to być popularne czy przystępne, ale interesujące. „PUNKT” to była gazeta raczej kuratorowana niż redagowana, była wypowiedzią quasiwystawową. Wszystko działo się w ramach kolektywu kuratorskiego.

ZN: Co zadecydowało o tym, że zakończyliście wydawanie „PUNKTU”?

AC: Zbiegło się to z momentem przejęcia funkcji dyrektora galerii przez Piotra Bernatowicza. Nowy dyrektor, nowe reguły gry. Bardzo nie chcieliśmy, by ktokolwiek ingerował w kształt „PUNKTU”, poprzedni dyrektor Wojciech Makowiecki pozostawił nam pełną wolność. Kuba i Marcin od jakiegoś czasu już nie pracowali w Arsenale, Karolina Sikorska odeszła w 2014 i z początkiem 2015 także ja. Sylwia Czubała, która dołączyła pod koniec naszej działalności, także planowała odejście z pracy. Ze względu na prawa autorskie należące do instytucji nie mogliśmy „PUNKTU” po prostu „wziąć ze sobą”, nie chcieliśmy też bardzo, by tytuł ten był prowadzony w innej koncepcji przez nowy zespół galerii. Uznaliśmy, że go zamykamy i ostatni, 16. numer „PUNKTU” był o końcu.
Bernatowicz nie opłacił też domeny internetowej, pod którą magazyn był dostępny.
Marcin Matuszak wykupił wtedy inną domenę i przeniósł archiwum „PUNKTU” na http://www.punktmag.com/, tam też można zobaczyć wszystkie wydane przez nas numery.

ZN: Czy macie jakieś rady dla nas i dla „Magazynu RTV”?

Powoli, ze spokojem i dla przyjemności.

Newsletter

Bądź z nami na bieżąco – Zapisz się do naszego newslettera i śledź nas w mediach społecznościowych: