Arrow-long-left
#10
PL|EN

Wywiady

Serwis

Strategie zabawowe w czasach głęboko wymyślaryjnych

Monika Drożyńska i Tymon Słapak, Stworzenie Świata, Stworzenie Świata, 2016

Na kilka godzin przez zaplanowanym wywiadem z Moniką Drożyńską spotykamy się na seminarium doktoranckim krakowskiej ASP, gdzie razem studiujemy – oczywiście online, bo w świecie zewnętrznym wciąż trwa pandemia. W kilkuosobowej grupie seminaryjnej rozmawiamy między innymi o potencjalnych kierunkach zmian w funkcjonowaniu uczelni wyższych, o wspólnocie, która mogłaby stanowić fundament tych zmian, o roli empatii w pracy dydaktycznej, o naszych planach artystyczno-badawczych. Dzielimy się obawami związanymi z mechanizmami naszego funkcjonowania na styku sztuki, nauki i edukacji. Z ust Moniki pada określenie „wymyślariat”, które trafnie ilustruje aktualny, pandemiczny czas internetowej produkcji treści w polu sztuki i kultury. Wymyślariat, oprócz swojego ironicznego i krytycznego zarazem charakteru opisywania rzeczywistości, ma w sobie również baśniowy rys, który brzmieniem i strukturą językową przywodzi na myśl dziecięce imaginarium. Osobiście głęboko utożsamiam się z tym określeniem i czuję się częścią szeroko pojętego wymyślariatu.

Razem z moimi rozmówczyniami podjęliśmy próbę bliższego zbadania światów: dziecięcych i tych bardziej dorosłych, a także tych wspólnych: przeplatających się. Kilka dni po rozmowie z Moniką Drożyńską widzę się również na wirtualnych łączach z Cecylią Malik, żeby pomówić o tych samych sprawach – ciekawych i ważnych z punktu widzenia edukacji, sztuki, rozwoju i nauki. Obie krakowskie artystki wzięły udział w wystawie „Co dwie sztuki, to nie jedna”, która miała swoje otwarcie 8 lutego 2020 roku w Zachęcie i była wizualno-sensorycznym splotem światów artystów/artystek i ich dzieci.

Monika Drożyńska – syn Tymon
Cecylia Malik – córka Urszula, synowie Antoni i Ignacy

Paweł Błęcki: Czy macie wspomnienie z dzieciństwa z chwili, kiedy uświadomiłyście sobie, że chcecie zostać artystkami? Zdarzenie, osobę, miejsce, które sprawiło, że pomyślałyście: to jest początek mojej twórczej drogi?

Monika Drożyńska: Mam jedno takie wspomnienie, nie wiem jednak, jak bardzo jest to głębokie dzieciństwo. Byłam wtedy przed maturą, mogłam mieć około 16–17 lat, moja mama przyszła do mnie do pokoju, mówiąc, że rozmawiała z ojcem o tym, co mogłabym studiować i doszli do wniosku, że ja tak lubię rysować, dziergać i chodzić po galeriach sztuki, że może chciałabym zostać architektką. Powiedziałam im na to: „Super, to jest dobry pomysł, zostanę architektką”. Zaczęłam nawet chodzić na lekcje rysunku. Po kilku tygodniach, a może nawet miesiącach, przyszła do mnie mama i powiedziała, że rozmawiała z jakąś koleżanką i usłyszała, że jest coś takiego jak architektura wnętrz, i może to bardziej wolałabym studiować, bo to nie tylko budynki, ale też wnętrza, jakieś tkaniny można tam robić i inne obrazki. Powiedziałam na to, że OK, to też jest dobry pomysł, i zaczęłam chodzić na inne zajęcia z rysunku, co mi się spodobało. Potem po raz kolejny przyszła mama i powiedziała, że może chciałabym zdawać na ASP. Ja na to, że to też jest dobry pomysł. Pomyślałam sobie, od tej politechniki, przez architekturę wnętrz, po ASP, że to są kierunki dla mnie. Prawda jest taka, że to rodzice w pewnym sensie mi to wymyślili.

Cecylia Malik: Pochodzę z artystycznej rodziny. Mój tato jest skrzypkiem zawodowym, jest też rzeźbiarzem i kompozytorem, mama jest rzeźbiarką po ASP w Krakowie. Kiedy była w ciąży ze mną, robiła dyplom, ceramiczne płaskorzeźby, które można było zobaczyć między innymi w dawnym Szpitalu Kolejowym w Krakowie. Jedyne, co było u nas w domu, to sztuka. Tato brał nas na próby do opery. Nasz pradziadek, jeden z pierwszych krakowskich szopkarzy, wynalazł szopki krakowskie, to znaczy zaczął je robić na poważnie, potem robił je tato. W dzieciństwie razem z siostrami też przygotowałyśmy szopki, a później nawet je sprzedawałyśmy do Niemiec, żeby mieć na narty, na wyciągi, na akwarium. Tańczyłyśmy, bawiłyśmy się w operę, do spania słuchałyśmy Mahlera, a pierwszą muzykę rozrywkową poznałyśmy w wieku kilkunastu lat. Kiedy byłam całkiem mała, chciałam być baletnicą, to było pierwsze marzenie z przedszkola – wyobrażałam sobie choreografię do tych symfonii, których słuchałam. Poszłam do szkoły muzycznej, gdzie uczyłam się grać na skrzypcach, ale ciężko mi szło. Potem, ponieważ nie umiałam matematyki, postanowiłam pójść do liceum plastycznego, w którym matematyka była łatwa. Poszłam do tego plastyka i nie wiedziałam, co dokładnie chciałam tam robić, bo wszystko mnie interesowało. Miałam jakieś 15–16 lat, w czasie wakacji malowałam pejzaże i pamiętam, jak moja mama powiedziała: „Cecylio, ty powinnaś zostać malarką!”. Strasznie mnie to wtedy ucieszyło. Poszłam na malarstwo na ASP w Krakowie.

Tymon Słapak, Naklejka: Spacer, 2016

Czym się obecnie zajmujecie w swojej działalności artystycznej?

M.D.: Póki co odeszłam od praktykowania sztuki zaangażowanej społecznie i od pracy kolektywnej po tym, jak współtworzyłam spektakl pod tytułem „Flaga numer 5”, który był inscenizowaną partycypacją. Użyłam w nim wobec publiczności przeróżnych mechanizmów manipulacyjnych, które miały obnażyć, przez tę wyreżyserowaną partycypację, sposoby funkcjonowania różnych systemów w sztuce. Tak bardzo to obnażyłam, że od kilku lat unikam takich realizacji. Poczułam, jak bardzo autokrytyczną pracę zrobiłam tym spektaklem.
„Flaga numer 5” została zrealizowana w ramach programu „Placówka” Instytutu Teatralnego w Warszawie we współpracy z Danielem Chrycem, Aną Formą, Mirą Marcinów, Karoliną Niemiec-Gustkiewicz, Hanką Podrazą i Tomaszem Węgorzewskim.

C.M.: Zajmuje się przede wszystkim organizacją akcji społeczno-artystycznych. Jestem też zawodową malarką i edukatorką, skończyłam studium pedagogiczne i uczyłam w szkole plastyki. Wspólnie z Anią Bargiel założyłyśmy Mały Klub Bunkra Sztuki, więc łączenie aktywności artystycznej z byciem edukatorką i osobą prowadzącą warsztaty zawsze było mi bliskie. W pewnym momencie życia, kiedy wyszłam twórczo z malarstwa, zrobiłam pierwszy performans: pierwszy raz weszłam na drzewo, zaczęłam używać różnych mediów – fotografii, performansu, działań w mediach społecznościowych. Rozpoczął się taki czas w moim życiu, że stałam się ekologiczną, miejską aktywistką i używam do tego języka sztuki.

Opowiedzcie o swoich dzieciach. Jak mają na imię, ile mają lat, jakimi są osobami, co je w życiu zajmuje?

M.D.: Mój syn Tymon ma 10 lat. Teraz interesuje się piłką nożną, graniem na treningach z kolegami i ze swoim ojcem. Bardzo lubi też grać w „FIFA” online na PlayStation.

C.M.: Moja córka Urszulka ma 18 lat i realizuje moje pierwsze marzenie, bo chce iść na choreografię. Jako małe dziecko była żywiołem, to było nieprawdopodobne, jak tańczyła. Chodziła na różne warsztaty, do MDK-u, a teraz z zespołem jeżdżą na konkursy. Chodzi też na zajęcia z rysunku i malarstwa, ale to, że siedzi skupiona i coś kontempluje, nie jest zgodne z jej temperamentem i ekspresją, więc najbardziej fascynują ją teatr i praca z ciałem.

Opowiem ci jedną anegdotkę z jej dzieciństwa. Kiedy Urszulka miała 7 lat, pewnego dnia bardzo chciała iść do swojej ukochanej przyjaciółki Marysi, ale powiedziałam, że nie może. Wtedy przyniosła 100 złotych, które dostała od dziadka, i powiedziała: „Mamo, masz. Czy teraz mogę iść do Marysi?”. Postanowiła przekupić mnie wszystkimi swoimi pieniędzmi, żeby zobaczyć się z przyjaciółką – i to jest właśnie taka osoba, kobieta o gorącym sercu. A mój syn Antek ma 20 lat, jest hokeistą. To bardzo kochany i przystojny chłopak, który łączy w sobie zdolności humanistyczne i artystyczne ze ścisłymi. Skończył mat-fiz, studiuje automatykę i robotykę, hoduje rośliny i ostatnio zaczął malować murale. Obydwoje są kochani, bardzo się lubią i wspierają. Kochają malutkiego Ignacego, mojego najmłodszego syna, za co jestem im bardzo wdzięczna.

Cecylia Malik i jej dzieci: Antek Dziurdzia i Urszulka Dziurdzia, fot. Tomasz Gotfryd

Czy Wasze dzieci uczestniczą w wydarzeniach artystycznych? Czy chodzicie razem na wystawy?

M.D.: Tymkowi się teraz nie chce. Kiedyś uwielbiał chodzić na wystawy. W zasadzie półtora roku spędził w Bunkrze Sztuki, kiedy robiłam tam moją indywidualną wystawę. Zabierałam go tam, był wtedy bardzo malutki, nie miał skończonego roku. Uwielbiał Bunkier Sztuki. Teraz, gdy wchodzi do Bunkra, najpierw chce oglądać wystawy, a dopiero potem iść do kawiarni, co zawsze dziwi moją mamę, która do tej kawiarni uwielbia chodzić. Wszyscy w Bunkrze znają Tymona, mówią o tym, jak urósł, dają mu bezpłatne bilety. Zdarzało mu się nawet zwiedzać parę razy wystawy na hulajnodze, bo wszyscy mają tam dla niego wielką wyrozumiałość.

Monika Drożyńska i Tymon Słapak, 2020

Monika Drożyńska i Tymon Słapak, Na wystawie w Zachęcie, 2020, fot. Dominika Kucner

C.M.: Tak, chociaż Urszulka i Antek mieli taki czas, że woleli się zdystansować do moich działań. Bo to jest trochę obciach, gdy jesteś w gimnazjum, żeby chodzić gdzieś z rodzicami, a nie ma niczego gorszego, niż zmuszać do czegoś swoje dzieci, bo wtedy na pewno się je straci, więc wtedy im odpuściłam. Za to dwa lata temu, na Dzień Matki wystąpili w trailerze Wodnej Masy Krytycznej. Grali w piłkę w Wiśle w strojach kąpielowych, to było dla mnie niesamowicie miłe. W akcji na Zakrzówku też już byli z nami i teraz przychodzą, bo chcą i im się podoba, ale w tym gimnazjalnym wieku rozwojowym, można powiedzieć, że mieli przerwę – przy moim całkowitym zrozumieniu i akceptacji.

Opowiedzcie o rodzinnej partycypacji w procesie powstawania pracy, która została pokazana na „Co dwie sztuki, to nie jedna”.

M.D.: Ta praca to efekt niezamierzonego działania. Tymon był chory zimą, bardzo długo. Jedno choróbsko przechodziło w drugie. Pod choinkę dostaliśmy książkę ze zwierzętami i zaczęliśmy z tej książki przerysowywać, tak dla posiedzenia sobie wspólnie i porozmawiania o tych zwierzętach. Rysowaliśmy na tkaninach, które zostały z jednej z moich wystaw, to trwało parę tygodni. Potem, gdy tego się trochę uzbierało, pomyślałam, że zszyję te małe kawałki w całość, a resztę dorysowałam.

C.M.: Na wystawie był pokazywany fragment warkocza z akcji pod tytułem „Warkocze Białki”. To była szeroka akcja, warkocze plotło kilkaset osób w Polsce. Chcieliśmy upleść warkocz długości rzeki Białki, finalnie ma 6 kilometrów. Urszulka miała 12 lat, kiedy wyplataliśmy te warkocze. Inspiracją akcji były warkocze Urszulki, które zaczęłam jej robić po wyjeździe na wakacje do Rumunii, a dokładnie do Transylwanii, gdzie poznaliśmy rodzinę romską. Tam wszystkie dziewczynki miały wplecione w warkocze pocięte paski z zasłon i obrusów – bardzo mi się to spodobało. Nauczyłam się pleść takie warkocze i potem codziennie czesałam Urszulkę w taki sposób przed pójściem do szkoły. Kiedy zastanawiałam się, jak obronić rzekę Białkę i zrobić projekt partycypacyjny, pomyślałam, że może by tak wszystkie dziewczyny miały „romskie” warkocze i potem się nimi połączymy? Później przyszło mi do głowy, by zrobić razem najdłuższy warkocz na świecie. Pomysł pojawił się przy śniadaniu, kiedy czesałam Urszulkę, która potem przychodziła do Bunkra Sztuki ze swoimi koleżankami pomagać mi w wyplataniu warkoczy podczas realizacji projektu „Rezerwat Miasto”. Mam doświadczenie, że gdy jest się z dziećmi, ma się taki luz, nie ma presji, że musisz robić świetne i idealne rzeczy. To sprawia, że mózg się uwalnia i często wymyśla się coś fajniejszego. W 2013 roku Urszula ścięła włosy, co dla mnie prywatnie było pożegnaniem pewnego okresu jej dzieciństwa.

Cecylia Malik z córką Urszulą i synem Ignacym podczas wernisażu wystawy Co dwie sztuki to nie jedna. Dzięki uprzejmości Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta”, fot. Dominika Kucner

Sztuka i kultura stwarzają przestrzeń, w której można popełniać błędy – pogubić się, zbudować nową wartość, nie podążając ścieżką pragmatycznego, linearnego myślenia. Czy myślicie, że artyści i artystki w świecie racjonalnym i usztywnionym zasadami są jak dzieci?

M.D.: Mogę tylko powiedzieć o sobie, bo nie mam danych, jak jest u innych osób. Ja z jednej strony czuję się jak mała dziewczynka, ale z drugiej mam doświadczenie bycia dorosłą kobietą – mam taką hybrydę doświadczeń. Kiedyś chciałam zrobić wystawę, przyszłam do domu i powiedziałam, że zrobię haft z napisem „CHUJ HUJ CHÓJ”, a wystawę zatytułuję „Chujowa wystawa”. Mój mąż zapytał wtedy, kiedy dorosnę? Ja się straszliwie z tego śmiałam – aż brzuch mnie od tego rozbolał.

Teraz robię dużą tkaninę. Byłam szczęśliwa, że ją robię, było mi po drodze z kolorami, ale od paru dni przestałam ją lubić. Pomyślałam o kruchości, o tym, że to taka krucha nauka: ona jest, ale zaraz może się rozpaść. Wymyśliłam, że wyhaftuję na tej tkaninie, którą kiedyś lubiłam, herbatnik obrazujący kruchość. Myślę, że to najlepiej oddaje moją dorosłość. Trzeba być dorosłą i dojrzałą osobą, żeby sobie pozwolić na to, by herbatnik w politycznej pracy opowiadał o jakimś doświadczeniu.

C.M.: Tak, tak myślę. Mamy luksus, że możemy zachować dziecko w sobie, podczas gdy inni dorośli udają, że go tam nie ma, tłamszą i niszczą. My z tego dziecka w nas robimy bardzo dobry użytek. Szczerze mówiąc, daje nam to szczęście w życiu, bo możemy być sobą. Akcje, które organizuję, to nic innego jak to, co robiłam na podwórku, będąc dzieckiem. Robię poważnie i dobrze zorganizowaną zabawę. „To co? Bawimy się, że jesteśmy rzekami? Teraz wybierz, którą chcesz być rzeką. Ale nie, czekaj! Odra jest już zajęta!” Mamy takie zabawy na serio i na przykład idziemy do Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej w strojach kąpielowych – i udaje nam się tam dojść i porozmawiać z urzędnikami. Bardzo źle szło mi w szkole, źle się uczyłam w podstawówce, nie lubiłam szkoły i w dodatku miałam dysleksję i dysgrafię – nie mogłam nauczyć się czytać. Za to byłam królową po szkole – rządziłam na podwórku. Organizowałam zabawy, które trwały tygodniami, takie z rolami, z integrowaniem podwórek. Teraz, kiedy uprawiam aktywizm, w moich działaniach wykorzystuję te zabawowe strategie.

Co myślicie o alternatywnych formach edukacji? Szkoły publiczne przekazują wiedzę, ale również pielęgnują antagonizmy przez faworyzowanie mechanizmów hierarchicznych, patriarchalnych, klasowych. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy rozważacie/rozważałyście jakąś alternatywną formę edukacji dla Waszych dzieci?

M.D.: Rozważam jakąś alternatywę średnio co pół roku. Myśleliśmy o szkole waldorfskiej i takiej o profilu artystycznym. Nie zdecydowaliśmy się na żadną z nich dlatego, że szkoła publiczna jest najbardziej demokratyczna – jest miejscem doświadczenia różnorodności. Poza tym nie za wiele w szkole się nauczyłam, mam nadzieję, że Tymek też za wiele się nie nauczy.

C.M.: W alternatywnej przestrzeni uczymy się dużo więcej niż w szkole. Urszula i Antek chodzili do podstawówki muzycznej. To była ciężka szkoła, konserwatywna, dająca wycisk. Jeśli będzie wojna, będą miały umiejętność zarabiania na ulicy. Co ich nie zabije, to ich wzmocni. Miałam takie podejście, że szkoła to nie jest miejsce, w którym się nauczysz zbyt wiele, to bardziej miejsce zderzenia z brutalną rzeczywistością. Byłam przeciwniczką trzymania dzieci pod kloszem, tworzenia idealnego świata. Naukę podejmujesz dopiero w innych miejscach. Szkoła to doświadczenie rzeczywistości, tego nieidealnego świata, w którym żyjemy. Urszulka najwięcej nauczyła się w MDK-u, czyli poza szkołą. Ale szkoła to też miejsce, gdzie możesz spotkać cudownego nauczyciela, który pomoże ci w życiu. Tak miał Antek. Kiedy w klasie maturalnej powiedział, że chce rzucić szkołę, żeby zająć się swoją pasją, czyli hokejem, to jego nauczyciel odpowiedział, że codziennie będzie go uczył matematyki po lekcjach, za darmo – i tak było. Może być najgorsza szkoła w najgorszym miejscu i jeśli się pojawi fajny człowiek, może ci bardzo wiele dać.

Urszulka i warkocze Białki, fot. Cecylia Malik

Monika Drożyńska, Pracownia, 2017, fot. Grażyna Makara

W szkołach państwowych brakuje lekcji plastyki. W rankingach Polska w tym zakresie plasuje się gdzieś na europejskim dnie. W gimnazjach i liceach sztuka i kultura praktycznie nie istnieją. Czy widzicie jakieś rozwiązanie dla tego stanu rzeczy? Może macie jakieś wskazówki dla osób, których dzieciom brakuje w szkołach tego typu aktywności?

M.D.: Kurde, to jest super trudny temat. Wydaje się, że edukacja plastyczna stała się edukacją klasową. Kultura jest dostępna dla wybranych. Muzea i galerie mają gigantyczną ofertę edukacyjną, ale to nie jest przestrzeń, w której każdy będzie się dobrze czuł, z różnych powodów. Widzę to zarówno z punktu widzenia matki, jak i osoby, która takie warsztaty prowadzi. W szkole mojego syna w zasadzie nie ma podstawowego nauczania plastyki. Była opcja, żeby w dodatkowej ofercie przychodzić na 8:00 rano, ale wybraliśmy spanie do 9:30, a nie łażenie na plastykę. Wydaje mi się, że to musi zostać rozwiązane systemowo. Nie widzę niestety też na to wielkiej nadziei. Nie wiem, czy Ministerstwo Edukacji Narodowej widzi potencjał w kulturze, plastyce czy muzyce dla dzieci.

C.M.: Zachęcam wszystkich, żeby chodzili do domów kultury. Przez kilka lat uczyłam plastyki w szkołach i nie lubiłam tego. Szkoła to fatalne, złe i niedobre miejsce. To znaczy bardzo lubiłam dzieci, byłam zachwycona tym, że są takie zdolne. Nie lubiłam szkoły dlatego, że nie było tam pracowni. Miałam 45 minut na zajęcia i zaraz ławki miały być po skończeniu czyste. W szkole była jedna godzina plastyki w tygodniu, potem połączyli ją z muzyką i nauczycielka plastyki nie była już potrzebna, bo osoba od muzyki uczyła wszystkiego. Nie było przestrzeni dla jakiejś kreacji. Były sale do informatyki, biologii i tak dalej, ale nie było sali do plastyki, gdzie dzieci mogłyby zostawiać na przykład swoje rzeczy do malowania. Niestety sztuka i plastyka w szkołach są w ogóle nieważne. To później widać w dorosłym życiu – jak ludzie boją się śpiewać, boją się pociągnąć pędzlem. Widzę to, kiedy robię akcje: ktoś nie potrafi trzymać pędzla, używać nożyczek. Nie wszyscy muszą rozumieć sztukę – chodzi o braki na bardzo podstawowym poziomie manualnym. Szkoda, że tak jest. Mam nadzieję, że to się zmieni, kiedy władzę obejmą nasi znajomi: młoda lewica, Zieloni, i namówimy ich, żeby zmienili system.

Monika Drożyńska i Tymon Słapak, Stworzenie Świata III, 2016, fot. Studio Luma

Czy uważacie, że młode osoby, dzieci są traktowane serio? Nierzadko spotykamy się z problemem adultyzmu. Młode osoby w oczach starszych mogą nie posiadać mandatu do autonomicznej wypowiedzi – takim przykładem może być Greta Thunberg. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

M.D.: Nie jest to moim doświadczeniem, bo moi rodzice byli wyczuleni na zdanie moje i mojej siostry. Dopytywali o wiele rzeczy, zostawiali nam pole do decydowania. Ja też tak żyję z moim synem, w układzie szczerej komunikacji. Tymon o wielu rzeczach mi mówi. Największą satysfakcją dla mnie jako matki jest to, że przychodzi do mnie z wieloma sprawami i to niesamowite, że takie rzeczy może mi powiedzieć.

C.M.: To jest bardzo głębokie i filozoficzne pytanie, aż mi trudno o tym rozmawiać. W zeszłym roku razem z Anią Grajewską reprezentowałyśmy Matki Polski na Wyrębie na konferencji „The Art of Organizing Hope” w Gandawie, na którą zaproszono blisko 300 aktywistek i aktywistów. Prelegentkami były głównie kobiety, samotne matki, aktywistki z krajów po transformacji. „The Art of Organizing Hope” to również tytuł książki napisanej przez doktor Anę Cecilię Dinerstein, w której daje ona jasny przekaz, że jeśli istnieje ratunek dla świata, to niosą go kobiety. Na gali finałowej w pięknym teatrze w Gandawie na samym końcu wystąpiła dwunastoletnia dziewczynka – to było bardzo symboliczne.

Mam taką refleksję, że my w ogóle jako ludzkość przestaliśmy słyszeć to, co jest ważne. To na przykład, że połowa gatunków ryb przestanie istnieć, nie jest dla nas żadnym problemem. To, że wytniemy kilkusetletnie drzewa – też nie. Nasza kultura powstała na niewolniczym traktowaniu wszystkich i wszystkiego, co słabsze. Tak samo jest z dziećmi, często nie słyszymy ich głosu – a to jest wina patriarchatu, do którego przywykliśmy, czyli białych, heteronormatywnych mężczyzn. Ja jestem wychowana w katolickiej rodzinie. Kiedy zobaczyłam Gretę Thunberg, pomyślałam, że jakby Bóg miał przemówić w dzisiejszych czasach – tak jak kiedyś mówił ustami proroków czy świętych – to dziś mówiłby ustami dziewczynki, na przykład Grety. Ale twardy patriarchat broni się przed tym, bo uznając ten głos, znany świat by się zatrząsł, zacząłby się walić. Musi się zmienić sposób rządzenia – to już nie może być ten patriarchalny, który trwał do tej pory. Wiadomo, że grupy, które rządzą, bardzo się przed tym bronią. Trwa walka, żeby utrzymać ten porządek świata, który doprowadził nas do kryzysu klimatycznego i do tego, co się dzieje teraz.

Modraszek Kolektyw, 2018, fot. Piotr Dziurdzia

Jak sobie radzicie w czasie kwarantanny?

M.D.: Okropnie się do siebie zbliżyliśmy. Mówię to ze świadomością znaczenia słowa „okropnie”. Długo byliśmy sami, spaliśmy w jednym łóżku. Robiliśmy lekcje online. Myślę nawet, że za bardzo w tym sensie, że te obszary, które nie były wspólne, teraz się takimi stały. Tymon się bardzo buntuje przeciwko szkole. Obowiązki szkolne były nieprzyjemnym dodatkiem do zabawy z kolegami. On bardzo nie może przeżyć, że z jego życia zostały mu tylko obowiązki. To jest mega trudne dla niego. Czasami go zwalniam z obowiązków, bo mam poczucie, że edukacja kwarantannowa jest odklejona od kontekstu, w którym występuje. Tymon potrzebowałby wsparcia od swojej nauczycielki, obecności, kontaktu z nią – a my tego nie mamy, bo dostajemy w Wordzie zadania do wykonania. Edukacja mogłaby się opierać na wspieraniu, abyśmy poradzili sobie w tych okolicznościach, gdy wszyscy działamy jak zombie – bez energii z zapasem dużej ilości czasu, ale i bez możliwości jego zagospodarowania. Mam wrażenie oderwania meritum tej edukacji od okoliczności, w jakich się ona odbywa. Ale dostrzegam też plusy tej sytuacji. Słuchamy dużo muzyki podczas odrabiania lekcji. Różne zagadnienia łączymy z muzyką. Ostatnio uczyliśmy się o szuwarach i słuchaliśmy piosenki Maleńczuka „Szuwary”. Kiedy przerabialiśmy „Alicję w Krainie Czarów”, słuchaliśmy „White Rabbit” Jefferson Airplane. Urozmaicam mu edukację, bo wcześniej nie było takiej możliwości, żeby muzykę łączyć z takimi dziedzinami, jak literatura czy przyroda.

C.M.: Dzięki kwarantannie dostałam pierwsze wakacje od pięciu lat. Nie pracuję na uczelni, jestem artystką freelancerką i współpracuję z instytucjami, ale są to relacje tymczasowe – dziś są, a jutro może ich nie być. Przez to dotychczas nie miałam luksusu, żeby sobie odmawiać. Nawet kiedy miałam tydzień wakacji, ktoś do mnie pisał albo dzwonił. Żyłam w bardzo dużym stresie, bo trzeba ciągle coś robić zajebistego i kreatywnego, do tego mam dom, trójkę dzieci, gotuję obiady, sama ogarniam biuro. Było mi bardzo ciężko, miałam wysoki poziom stresu i byłam niewyspana. Przepadają mi zlecenia, nie zarobię, ale teraz mam czas i spokój, żeby skończyć obrazy, które zaczęłam malować podczas wakacji. Mamy też czas dla siebie, dla rodziny. Prawie nigdy nie spędzamy czasu jako jedna wielka rodzinka. Do każdego i każdej ktoś przychodzi, istniejemy jakby w podzespołach. Teraz spędzamy więcej czasu razem i jest bardzo miło, lubimy się i jest nam razem dobrze. Fajny jest ten większy spokój. Natomiast przykrym doświadczeniem jest to, jak nasze państwo funkcjonuje i brak większej nadziei, że będzie lepiej. Do tego Biebrzański Park Narodowy płonie, a ja mam poczucie niepewności finansowej. W małym życiu, tu i teraz, nikogo nie spotkała choroba czy duże nieszczęście, więc jest OK. Mam jeszcze taką refleksję, że uczestniczymy teraz w wyjątkowej nadprodukcji kultury. Fajnie byłoby robić mniej, a lepiej.

Cecylia Malik – malarka, performerka, edukatorka, ekolożka i miejska aktywistka. Absolwentka malarstwa na ASP w Krakowie i podyplomowych studiów kuratorskich na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Organizuje protesty wspólnie z ekspertami i organizacjami, dbając o ich sens i skuteczność, a zarazem kreując je jako happeningi i dzieła sztuki w przestrzeni publicznej.

Monika Drożyńska – urodzona w Nowym Sączu, wychowana w Gorlicach, absolwentka, a obecnie doktorantka ASP w Krakowie. Hafciarka, aktywistka, artystka sztuk wizualnych. Interesuje się nienormatywnymi technikami zapisu, badanymi przy pomocy haftu ręcznego na tkaninie, który traktuje jak technikę pisania, przepisywania, notowania.

Paweł Błęcki – urodzony w Gdańsku, doktorant ASP w Krakowie, absolwent Wydziału Sztuki Mediów na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, niedoszły archeolog. Fotograf, autor obiektów i instalacji, za pomocą których opowiada historie światów ludzkich i nie-ludzkich.

Newsletter

Bądź z nami na bieżąco – Zapisz się do naszego newslettera i śledź nas w mediach społecznościowych: