Arrow-long-left int(1517)
#7
PL|EN

Wywiady

Serwis

Aktywistka w ramach instytucji

Katarzyna Kasia, fot. Mikołaj Linowski, projekt Entuzjastki

dr Katarzyna Kasia – filozofka, autorka, kierowniczka Katedry Teorii Kultury i prodziekanka Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, visiting scholar w Princeton University

Praca to świetny temat na wakacje, prawda?

Tak, tym bardziej, że ja nie mam wakacji. Wakacje to dla akademików czas, kiedy wykonują różne inne prace, bo w końcu można w miarę spokojnie usiąść, popisać, porobić to, co tak naprawdę się liczy, generować dorobek.

Czy jako autorka i filozofka oddzielasz swoje życie prywatne od zawodowego lub jako wykładowczyni – pracę w instytucji od filozofowania, pisania czy prowadzenia badań?

Mam wciąż poczucie, że nie nadążam. Praca akademicka jest absorbująca. Z jednej strony bardzo ją lubię, bo zawsze chciałam uczyć studentki i studentów, z drugiej jednak mam nieustające poczucie winy, że zaniedbuję sprawy naukowe. Od czterech lat jestem kierowniczką Katedry Teorii Kultury i prodziekanką na Wydziale Zarządzania Kulturą Wizualną na ASP w Warszawie. Jest to zresztą mój wymarzony wydział, w którego zakładaniu miałam zaszczyt uczestniczyć od początku. Jedynym mankamentem moich funkcji jest praca administracyjna, która nigdy się nie kończy. Kiedy masz z jednej strony nauczanie, z drugiej dużo administracji, a z trzeciej oczekuje się od ciebie, że jeszcze będziesz się wykazywać kreatywnością i pisać, to robi się to wszystko bardzo trudne.

Teraz jesteśmy na takim etapie, że całkowicie będziemy musieli przeprofilować nasz kierunek, de facto powołać nowy. To jest trudny moment, bo powołaliśmy ten wydział zaledwie osiem lat temu. Studia, które dotychczas prowadziliśmy, koncentrowały się wokół zagadnień związanych z historią sztuki, ale w szczególnym ujęciu – opracowaliśmy program nauczania historii sztuki zaangażowanej społecznie. Od początku było to skomplikowane, ale dzięki współpracy ze studentami i studentkami, których zawsze traktowaliśmy bardzo podmiotowo, udało się. Mieliśmy poczucie, że to właśnie od nich w dużej mierze powinien zależeć program studiów. W momencie, w którym udało nam się wypracować coś, co jest dobre, czego jakość potwierdza liczba chętnych starających się o miejsce na studiach, nagle weszła ustawa 2.0 i w związku z nią ASP podjęła decyzję, że będzie się parametryzować tylko w jednym obszarze i tym obszarem będą sztuki plastyczne i konserwacja dzieł sztuki. Teraz musimy utworzyć nowy kierunek, który będzie o wiele bardziej praktyczny, ale z całej siły staramy się zachować sposób myślenia i działania, które udało nam się wypracować do tej pory.

O czym dokładnie myślisz, mówiąc o bardziej praktycznym wymiarze historii sztuki? Masz na myśli kształtowanie postaw społecznie zaangażowanych?

Stworzyliśmy studia, które składają się z trzech uzupełniających się obszarów. Po pierwsze jest to historia sztuki w pełnym wymiarze, po drugie nauki społeczne, gdzie oprócz socjologii i psychologii społecznej są też nauczane: filozofia, estetyka, ale też podstawy prawa autorskiego, podstawy tworzenia projektów. Po trzecie jest kształcenie plastyczne. Zależy nam na tym, żeby nasze absolwentki i absolwenci mogli znaleźć zatrudnienie w różnego rodzaju instytucjach kultury, żeby niekoniecznie pracowali w jakichś wielkich, centralnych ośrodkach, ale by zachęcać ich do wracania „do siebie”, do mniejszych miejscowości. Chcieliśmy wykształcić w nich dbałość o to, co prof. Wojciech Włodarczyk, dziekan WZKW, nazwał „kulturą miejsca” i to się do tej pory bardzo dobrze sprawdzało. Teraz musimy trochę przesunąć akcenty, skupić się jeszcze bardziej na warstwie projektowej, chcąc pójść w kierunku studiów o charakterze kuratorskim.

Debata w Fundacji Batorego, fot. Rita

…czyli raczej przyuczanie studentów do życia w projektariacie niż do znajdowania miejsc pracy w instytucjach?

Nie chcielibyśmy z niczego rezygnować, to znaczy chcielibyśmy, aby nasi studenci zachowali to, co mają, czyli tę wiedzę ogólną, którą im dajemy, ale też, żeby uczyli się prowadzenia badań poprzez sztukę, żeby myśleli o sztuce w kategoriach społecznych. Chciałabym, by zdobywali narzędzia, które pozwolą im się poruszać w polu sztuki po trochę innych trajektoriach. Ważne jest również to, aby docenić kadrę naszego wydziału i umożliwić jej rozwój. Na akademii to jest nieustannym problemem: albo mamy świetną kadrę (w sensie osiągnieć), albo dydaktykę. Chciałabym to ze sobą pogodzić.

Jak tobie jako feministce, osobie o progresywnych poglądach pracuje się w konserwatywnym środowisku akademickim opartym na sztywnych hierarchiach?

Akademia warszawska jest ogromną uczelnią, jeśli chodzi o szkoły artystyczne w Polsce, to jest największa. Mamy dziewięć różnych wydziałów, a każdy z nich jest oddzielnym bytem. Zawsze chciałam, żeby one ze sobą jak najściślej współpracowały. Przez lata koordynowałam zajęcia teoretyczne na akademii, czyli takie otwarte zajęcia dla wszystkich studentów z całej uczelni. Chodziło mi o to, aby stworzyć taką platformę, gdzie podczas zajęć „z teorii” student wzornictwa mógł się spotkać ze studentem malarstwa i wymienić poglądy, aby zobaczyć, gdzie się nie zgadzają i żeby to było dla nich inspiracją. Ta praca zawsze wydawała mi się ważniejsza niż to, co dzieje się niejako siłą bezwładu i jest związane z patriarchalną, feudalną wizją akademii. To, co wydawało mi się istotne i co mogłam zrobić, to stworzyć rozwiązania systemowe przeciwdziałające dyskryminacji: jestem pełnomocniczką Studenckiej Komisji do Spraw Równego Traktowania i Przeciwdziałania Dyskryminacji. Zasiadam również w Senackiej Komisji Etyki. Wiadomo, że struktura wszystkich akademii w Polsce pozostawia dużo do życzenia, co dobitnie pokazał Raport Fundacji Katarzyny Kozyry Marne szanse na awanse.

Tak, ja również w ramach mojej rozprawy doktorskiej przeprowadzałam podobne statystyki na uczelni w Poznaniu. We współpracy z dr Filipem Schmidtem porównaliśmy liczbę studentek do liczby profesorek od 1985 roku do 2014 roku. W przeciągu tych trzydziestu lat prawie nie uległy one zmianie, wciąż udział kobiet w kadrach akademickich jest bardzo niski, mimo że studiujących kobiet jest coraz więcej.

Mnie to jednak bardzo uderza, że uczę prawie same dziewczyny. Są wydziały, które są prawie w całości sfeminizowane, jak na przykład warszawska Architektura Wnętrz. Zawsze mnie to zastanawiało, co się z tymi dziewczynami dzieje, gdzie one „giną”? Uważam, że to, co powinniśmy robić i na co zwracam uwagę, pracując na uczelni w Warszawie, to nie tylko dyskryminacja związana z językiem, ze sposobem wypowiadania się, ale również to, że bardzo ciężko jest na przykład być jednocześnie studentką i matką. To dotyczy również pracowniczek naukowych. Nie ma dla nich żadnego wsparcia systemowego ze strony uczelni. To jest coś, czym bardzo chciałabym się zająć. Chciałabym, abyśmy stworzyli takie rzeczywiste struktury wspierania kobiet w ciąży, matek i ojców.

"Przewodnik 2.0. Od studentek dla studentek", fot. Katarzyna Kasia

"Przewodnik 2.0. Od studentek dla studentek", fot. Katarzyna Kasia

Tutaj wykluczająca jest już sama architektura, która nie ułatwia poruszania się osobom z i na wózkach.

To prawda: z powodu niedostosowania budynków często wykluczone są również osoby z niepełnosprawnościami. W Warszawie nowe budynki ASP spełniają wszystkie równościowe wymogi, natomiast te starsze powinny zostać czym prędzej wyremontowane. Problemem nie jest w tym wypadku brak dobrej woli, tylko pieniądze. Jeśli chodzi o studentki i studentów z dziećmi, to i czasem mogą ewentualnie zabrać ze sobą dziecko na wykład, ale już nie do pracowni grafiki warsztatowej. Dlatego chodzi mi po głowie pomysł stworzenia wspólnej infrastruktury. ASP, Akademia Teatralna i Akademia Muzyczna mogłyby zrzucić się i razem stworzyć miejsce dla dzieci. Takie przedszkola czy żłobki mogłyby być częściowo finansowane przez gminę, a częściowo przez uczelnie. Myślę, że byłaby to bardzo dobra inwestycja.

Potrzebujemy oczywiście walki z dyskryminacją na poziomie języka, na poziomie konkursów, przy przyjmowaniu nowych osób do pracy, ale potrzebujemy również myślenia bardziej perspektywicznego, to znaczy – co dalej, jak już nam się uda wyrównać poziom zatrudnienia kobiet i mężczyzn na uczelniach. Mam wrażenie, że w instytucjach padamy często ofiarą – mimo iż słusznego – to tylko gadania. Uważam, że potrzebna jest systemowa pomoc.

Jak wyglądałoby zatem idealne miejsce pracy?

My akurat mieliśmy wielki przywilej, bo powoływaliśmy nowy wydział i ta struktura jest kreowana oddolnie, w ciągłym dialogu ze studentami(-kami). Wszyscy mają świadomość posiadania potencjału do tego, aby nieustannie transformować to, co się na wydziale dzieje. Tutaj każdy głos jest ważny. Jeśli myślę o idealnej uczelni wyższej, to po pierwsze byłaby ona oparta na dialogu. Nie takim jednak, który odbywa się raz do roku przy okazji ewaluacji, ale takim, który jest nieustannym „barterem”, gdzie wciąż dzielimy się kompetencjami. To jest jedna rzecz, kolejną jest kwestia równości. Nie podoba mi się przestarzała, feudalna struktura, w której relacje hierarchiczne, szczególnie na linii student – wykładowca, odgrywają wciąż tak istotną rolę. To jest raczej czynnik sprzyjający regresowi niż jakiemukolwiek postępowi. Myślę, że należy dopuścić do głosu tych, którzy są młodsi, którzy mają jeszcze świeże, nowe pomysły. Nie trzeba się tego bać.

…z tym że tutaj właśnie bardzo wyraźny jest strach starszych profesorów przed utratą autorytetu. Czy masz sprzymierzeńców na uczelni do wprowadzenia tego typu równościowych zmian?

Tak, oczywiście, że mam. Przede wszystkim pomiędzy moimi koleżankami i kolegami na wydziale, ale również wśród innych pracowniczek i pracowników, studentów i studentek. Mam wrażenie, że zmiana już powoli następuje, że to wszystko idzie do przodu, już nie da się tego zatrzymać.

dr Katarzyna Kasia, fot. archiwum prywatne

Wierzysz zatem, że instytucje można zmienić.

Jestem z opcji, która uważa, że instytucje to ludzie i że budynki, które nas otaczają, są mniej istotne. Jedyne, co mnie tak naprawdę martwi to chaos, który wprowadziła ustawa 2.0. Nie wiemy, co tak naprawdę teraz nastąpi. Nie żeby wcześniej było bardzo stabilnie, bo i tak prawie co roku musiałam pisać nowe sylabusy, ale teraz panuje wyjątkowa niepewność.

Jestem przekonana, że instytucje trzeba zmieniać, choć czasem jest to koszmarnie trudne. To, czego się nauczyłam, to to, że nic nie jest ostateczne. Wzmożona krytyka i opór mogą dokonać zmiany.

Co ciebie jako autorkę, intelektualistkę skłoniło do tego, żeby zajmować się tak prozaiczną materią jak praca w instytucji? Czy nie masz tego dość, nie wolałabyś popisać sobie książek?

Ciągle życzę sobie takiego momentu w życiu, w którym będę mogła sobie powiedzieć, że wszystko na uczelni już działa i że mogę to zostawić. Problem polega na tym, że bardzo trudno jest mi „usiedzieć” w miejscu i po prostu puścić coś, co mi się nie podoba. Kiedy raz zabierasz głos w jakieś sprawie, protestujesz, to później już jesteś tą od protestowania. Kiedy dziewięć lat temu zaczynałam pracę w akademii, kiedy przychodziłam na obrony dyplomów, to zdarzało mi się słyszeć bardzo niestosowne uwagi profesorów pod adresem studentek, dotyczące na przykład ich stroju, niemające najmniejszego związku z ich pracą. Zawsze zwracałam na to uwagę i teraz już nikt nie odważyłby się na taki komentarz.

Wiesz, ja cenię ludzi, którzy umieją powiedzieć, że oddzielają swoją pracę intelektualną od akademickiej, że zbierają punkty za publikacje i to im wystarcza, jeśli chodzi o kontakt z uczelnią. Czasem też bym tak chciała, tym bardziej, że moje zaangażowanie w naprawę instytucji czasem nie spotyka się z miłym przyjęciem, żeby wyrazić to najłagodniej. I faktycznie, przychodzą takie chwile, kiedy chciałabym po prostu popisać, zebrać materiały i zająć się tym, co jest ważne dla mnie, bo daje mi święte punkty parametryzacyjne. Ale z drugiej strony mam poczucie, że byłoby to bardzo egoistyczne. Jeszcze nie jestem na tym etapie. Mam takie poczucie, że aktywizm w ramach instytucji ma sens.

To trochę przypomina mi moją sytuację, tylko że ja zaledwie od dwóch lat pracuję w instytucji.

Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że jeśli teraz dostajesz po głowie z czterech stron, to najprawdopodobniej będziesz dostawać z czterdziestu. Ale dobre jest to, że po jakimś czasie wybory etyczne stają się łatwiejsze. Aktualnie mierząc się z sytuacją, kiedy z jednej strony mam studentkę w ciąży, a z drugiej regulamin studiów, nie mam żadnych wątpliwości, co jest ważniejsze. Po prostu wiem, że nie chcę jej dokładać problemów. Nauczenie się i udział w tworzeniu konkretnych aktów prawnych też ułatwia taki wybór. Dlatego angażuję się w żmudne prace Komisji Regulaminowo-Statutowej.

Z czego jesteś szczególnie dumna?

Z przewodnika, który wydały moje studentki dla innych, młodszych koleżanek dopiero zaczynających studia. Tutaj jest wszystko, czego chciałyby się dowiedzieć osoby na pierwszym roku, to taki praktyczny „narzędziownik” – jak poradzić sobie na uczelni. Są tu nawet przepisy kulinarne, na przykład kolacja upichcona z resztek znalezionych w kontenerach. Można też znaleźć coś o sporcie, jest kalendarium. Opisana jest idea uniwersytetu zaangażowanego, zaraz obok rozdziału o tym, jak zdobyć stypendium. Wspomniane są różne stowarzyszenia, jest część poświęcona aktywizmowi i działaniom społecznym oraz temu, jak wygląda rzeczywistość studentki będącej matką.

"Przewodnik 2.0. Od studentek dla studentek", fot. Katarzyna Kasia

Czy poradnik został przygotowany w ramach pracy magisterskiej?

Nie, został przygotowany na moim wydziale, w Pracowni Struktur Mentalnych, założonej przez Łukasza Izerta i Kubę Mazurkiewicza. Jest kolektywnym dziełem studentek i studentów WZKW. Dzięki dotacji z uczelni przewodniki są rozdawane za darmo.

W jaki sposób odpoczywasz?

Ideałem odpoczynku jest dla mnie spanie po osiem godzin. Ważna jest rodzina, przyjaciele, czas na rozmowę z córką albo czytanie. Obiecuję sobie, że nauczę się wyłączać myślenie o tym, „czego nie zrobiłam” i „jaki dedlajn właśnie zawalam”, i wtedy naprawdę odpocznę.

Newsletter

Bądź z nami na bieżąco – Zapisz się do naszego newslettera i śledź nas w mediach społecznościowych: