Arrow-long-left
#9
PL|EN

Kanał sztuki

Wywiady

Zapiski transczarownicy

fot. Stan Barański

Zapiski transczarownicy: magia, seks, polityka

2018–2019 †

Magia to dla mnie rodzaj władzy, której jestem spragniona, a której nie potrafię innymi sposobami otrzymać. Magia to przestrzeń, w której jestem boginią, a jednocześnie jestem bezbronna i naga. Jestem pełnią i majestatem. Moja gorycz staje się słodyczą.

Moja magia stała się przede wszystkim strategią polityczną i działaniem artystycznym. Przestałam odróżniać polityczność od sztuki, moje ciało od ciała społecznego, dom od przestrzeni publicznej. Kiedy straciłam dom, karierę i społeczność, odwróciłam swoje zranione ciało w stronę Matki Ziemi. Szukałam w niej prostoty, jaką mi bezinteresownie zaoferowała. Nie pragnęłam niczego więcej jak po prostu Ziemi – powierzchni, w którą pięściami będę mogła uderzać z bólu, goryczy i tęsknoty. Kiedy zupełnie oddałam się intuicji i emocjom, czułam, że właśnie tutaj otwiera się moja prawdziwa kobiecość, a jednocześnie rozpoczyna się głęboki proces uzdrawiania. W tym właśnie procesie ujrzałam siebie – prawdziwą kobietę, czarownicę, kapłankę, świętą i boską niewiastę.

Moje ciało stało się jedynym punktem odniesienia, którym wcześniej był stuletni dom. Kamienica z 1907 roku, którą poślubiłam na „wieki wieków amen”. Moje ciało stało się moją technologią, intuicja prowadziła mnie przez kolejne zakamarki magii, gdzie ocierałam się o zaświaty, gdzie rozmawiałam z przodkami i przodkiniami, gdzie przekupywałam wszystkich świętych i bogów, aby stali po mojej stronie i byli moim wsparciem. Ta technologia jest podniecająca i potężna, a jednocześnie przerażała mnie…

fot. Stan Barański

fot. Stan Barański

fot. Dara Bram

fot. Dara Bram

Zapiski transczarownicy: choreografia wspomnień, uczuć i traum

1907–2018 †

Ratuje mnie przyroda. Zieleń. Tekstylia. Moje ciuchy otulają mnie swoją delikatnością. Tak dawno nie byłam głaskana, przytulana, rozczesywana. Wzięłam ze sobą swoje chusty w róże i piwonie, którymi żegnałam Anetę, paląc ogień na Szwedzkiej 8. Chusty – którymi zmieniam swój kształt, którymi zakrywam swoje ciało, którymi kocham się sama ze sobą. Jedwab, kaszmir, welur – delikatne, zwiewne odzienia, bym mogła poczuć się w nich jak proszony gość. Jak kochanka, żona i królowa. Wzięłam też swój szlachetny, granatowy płaszcz kaszmirowy z Berlina, pod którym czuję się bezpiecznie.

Poszłam do lasu w szkockiej kracie. Przytuliłam się do dębu. Pozdrowiłam dziadka i wszystkich przodków i przodkinie. Pocałowałam ustami suchą korę Dębu. Tak mężnie stoi. Dostojny. Mocny. Czuły. Wspierający. Usiadłam w zieleni trawy, zmęczona spacerem. Patrzyłam na ogromny korzeń, który wyrwany z ziemi, spoczywał spokojnie. Korzenie dębu, pokryte piachem i pajęczynami, dały mi schronienie. Chciałam medytować przy nim. I to jednak okazało się za dużym wysiłkiem. Padłam w trawy wycieńczona. Wylałam łzy. W końcu jestem słaba w obliczu natury. Matki kochającej bezgranicznie. Pozwoliłam sobie na słone łzy. W dłoniach trzymałam mocno kij, od którego ściskania moje palce zmęczyły się. Kiedy go wypuściłam, łzy polały jeszcze mocniej. Nie muszę być silna. Mogę być krucha, słaba, mała, zmęczona, beznadziejna, ckliwa, sfrustrowana. Leżałam w trawie i z niepokojem wsłuchiwałam się, czy nie nadchodzą dziki. „Przecież ja się ich nie boję” – powiedziałam sama do siebie. Irracjonalny strach podniósł mnie i wróciłam do domu. W ogrodzie padłam na ziemię. Rozebrałam się do naga. Wysikałam się na kucaka. Pozwoliłam, by wiatr pieścił mnie bez końca, a słońce rozgrzało moją skórę. Karmiła mnie duża ognista kula. Kontemplowałam jej ciepło. Zobaczyłam pod swoimi powiekami czerwony miecz rozpalony jak rubin. Jak świątynia stał przede mną i czekał cierpliwie. W nocy moje trzecie oko świętej Rity tak mocno wibrowało i poczułam, że Turcję różami zasypuje.

Vala Foltyn, archiwum prywatne

Przyjechałam tutaj samochodem, chociaż w ulotce leków, które zażywam, nie jest wskazane prowadzenie pojazdów. Samochód przed wyjazdem nie chciał odpalić. Sąsiadowi, którego poprosiłam o pomoc, ktoś w nocy stuknął w maskę samochodu. A mechanik powiedział, że ma za dużo roboty na moje auto i dodał, iż nie jest Duchem Świętym i nie da się tak naprawić auta jak magiczną różdżką. Wróciłam do mieszkania i wzięłam młotek. Otworzyłam maskę i uderzyłam w rozrusznik. Dojechałam tutaj. Jestem taka dumna z siebie.

Niech nikt nigdy Ci nie wmawia, że nie masz w sobie potencjału. Niech nikt nigdy Ci nie mówi, że masz źle pomalowane usta. Niech nikt nigdy Ci nie mówi, że spali Ci futra i pomaluje twarz na czarno. Niech nikt nigdy nie mówi Ci, że masz nogi jak patyki. Niech nikt nigdy Cię nie wyrzuca z domu. Niech nikt nigdy Ci nie mówi, że jesteś głupia dziwka i słodka jak idiotka. Niech nikt nigdy Ci nie powie: „This is too much…”. Do kicia z takimi. Niech Rita ma mnie w opiece i wszyscy święci.

A teraz siostry sarny i sowy mnie wołają, bym wyszła z nimi śpiewać i błąkać się po nocy zakamarkami magii, poezji i soczystego seksu…

Amen.

***

Valentine Tanz / Vala T. Foltyn – poetycka choreografka, post_trans_czarownica, performerka. Założycielka i kuratorka Lamella – the House of Queer Arts oraz Kraków Art House. Jest absolwentką szkoły Shahara Dor Artness – Home and School for Movement (Izrael) oraz Performers House (Dania). Studiowała pod okiem Anny Halprin w Kalifornii anatomię i filozofię tańca. Ukończyła również antropologię kultury na UJ w Krakowie. Od 2019 roku mieszka w Kopenhadze.

Newsletter

Bądź z nami na bieżąco – Zapisz się do naszego newslettera i śledź nas w mediach społecznościowych: