Arrow-long-left
#8
PL|EN

Krytyka

Afirmacja

Eko Diaries (fragmenty)

fot. A. Marioni

Dzień pierwszy

W Idomeni trwa ewakuacja, jak dotąd wszystko przebiega bez problemów. 
Eko-obóz mieści się przy stacji paliw, obecnie liczy dwa tysiące osób. Pomimo drobnych napięć wciąż jest dość spokojnie. Dzieciaki prawdopodobnie jakoś to wszytko znoszą. Szukają sposobności do zabawy, wszystko staje się grą. Czasem tylko stają się agresywne bez żadnej wyraźnej przyczyny. Tak dzieje się z każdym dzieckiem na świecie, lecz te trudniej jest uspokoić.

Gesty dłoni to międzynarodowy język. Cały czas chcą wszystkiego dotykać. Przemienią cię w ich własny plac zabaw. Jesteś zabawką, która bierze je za ręce i sprawia, że obracają się w powietrzu. Kiedy czujesz, że jesteś niewłaściwą osobą w niewiarygodnym miejscu, w momencie, którego nikt nie rozumie, po prostu pozwól im bawić się twoimi rękami.

Gdy pojawia się jedzenie, ludzie stają w kolejce, czekając na porcje kolejnej zupy.

Dorośli pytają, czy w zupie są dziś jajka. Nie dziś. Jak dotąd, żadnych newsów z Eko-obozu. Żadnych zamieszek ani telewizyjnych dramatów. Możesz tu nawet zobaczyć uśmiechniętych ludzi.

Łatwo można uwierzyć, że w Eko-obozie panują dobre warunki i faktycznie jest on lepszy niż te oficjalne, wojskowe. Warunki stają się jednak naprawdę abstrakcyjnym konceptem. W jedną noc spędzoną w obozie dla wolontariuszy zrozumiesz, że młodzi wykonują darmową pracę – tę, której nie wykonują rządy. Wiesz, że nie jesteś najbardziej odpowiednią osobą, żeby sobie z tym poradzić. Jednak co znaczy „osoba” w tych abstrakcyjnych warunkach? Nie ma żadnej misji w byciu tam. Czujesz się zagubiony, oczywiście nie jako uchodźca, lecz cywil. W jakiś sposób nadal wierzysz w te rządy, które dziś podjęły złe decyzje. Co poszło nie tak? Czy te wszystkie lekcje na temat drugiej wojny światowej były tylko fikcją? Czy nie jesteśmy krajami, które obiecały pracować na rzecz pokoju? Czy nie wzrastaliśmy z ideą „nigdy więcej”? Czego nie zrozumiałem podczas lekcji historii? Prawdopodobnie nie zrozumiałem niczego. Może jestem naiwny. Żadne odpowiedzi nie są pewne. Wciąż mam swoich kilka piw do wypicia przed snem i nadzieję na to, że moje ręce nie zaczną się dziś trząść.

fot. A. Marioni

fot. A. Marioni

Dzień trzeci

Jest linia graniczna i kolejka do jedzenia. Dziś jest więcej ludzi niż zwykle, ponieważ pojawiło sięcoś innego niż zupa. Porcje rozdaję w rękawiczkach: zrobiliśmy rodzaj sałatki, którą można jeść w chlebie; wciąż nie mogę zapamiętać jej nazwy. W pierwszych dziesięciu porcjach jest za mało jedzenia: nakładajmy nieco więcej. Czuję kawałki pomidora wyciekające mi między palcami. Ktoś ma więcej, ktoś ma mniej. Jestem agentem od porcji na froncie, a kiedy kończy się jedzenie, sto osób nadal czeka. Dziś nie mogą przekroczyć linii głodu. Było nas jakieś dwadzieścia osób krojących warzywa przez sześć godzin, więcej nie mogliśmy. Jeden kolega powiedział mi, żebym się tak bardzo nie przejmował, ponieważ wiele osób podchodzi po jedzenie więcej niż raz. Mimo to, nie był to łatwy widok do zniesienia.

Wieści z wnętrza obozu głoszą, że niektórzy zachodni aktywiści wybierają się do obozów wojskowych, twierdząc, że te nowe obozy są w rzeczywistości obozami zagłady; że wszyscy zostaną zabici. Nigdy nie wiesz, czy informacja jest zgodna z prawdą. Ważne jest, by stać po stronie swojego doświadczenia i pozwolić emocjom przepływać.

Inne wieści głoszą, że kilku „społecznych” artystów chce wykonać jakąś akcję, wykreować w obozie sytuację problemu. Niezależny wolontariusz odpowiada im: uchodźcy są wystarczająco zagubieni. Prawda jest taka, że artyści-aktywiści mają to gdzieś. Mają swój film do wyprodukowania i pokazania w kilku klubach w Niemczech.

Tu mogą pojawić się kłopoty, ponieważ ludzie z Zachodu wykorzystują tę sytuację do załatwiania własnych spraw, zaspokajania własnych ambicji. Ci ludzie nie są niezależnymi wolontariuszami, nazywamy ich aktywistami.

Kiedy zamkną Idomeni, Unia (UE) użyje greckiej policji, aby zamknąć Eko-obóz. Nikt nie wie kiedy. Tu informacja przypomina plotkę. Zawsze musisz trzymać się pewnego emocjonalnego racjonalizmu, być w zgodzie z potrzebą pokoju. Czuję ciągłą presję niewiedzy, co będzie dalej, kiedy wkroczy policja, kiedy to wszystko się skończy. Obozy dla uchodźców nie są obozami zagłady. Widziałem już kilka.
Problem polega na tym, że nie możesz dostać się tam jako niezależny wolontariusz. W jakiś sposób to buduje ścianę między uchodźcami i wolontariuszami. Niektórzy młodzi Europejczycy wybierają życie w takich warunkach. Było ich wielu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. To wszystko dotyczy pokoju i wspólnego życia. Tu nie chodzi o rozwiązywanie problemów Europy ani osobistych problemów wolontariuszy, tu chodzi o zapewnienie minimum przyzwoitości, zbalansowanie niegodnych decyzji rządów.

fot. A. Marioni

Pierwszy prysznic wziąłem po trzech dniach i czułem się świetnie. Poszedłem do fryzjera się ogolić. Kiedy podsuwałem mu gardło, miałem lekkie obawy, ponieważ może przekroczyłem granicę, której nie widziałem. Miałem jednak intuicję, że nie było tam żadnej granicy, musiałem jedynie przekroczyć własny strach i zmierzyć się z nim. Mam teraz wąsy. Wyglądam schludnie. Nie wiem, czy zapłaciłem wystarczająco. Nie chciałem płacić zbyt wiele, aby nie zniszczyć alternatywnej formy ekonomii opierającej się na wymianie kilku monet. Podsunąłem swoje gardło i to jest moment wiary w człowieczeństwo. Dowód na to, co dzieje się codziennie w obozie. Nienawiść tu przegrywa.

Nie planowałem zostać tu dłużej. Ale jakoś zaczynam czuć, że należę do tego miejsca. To nie jest kwestia walki lub dobrego samopoczucia za wszelką cenę. Nie mam też poczucia spełnienia określonej misji. Nie sądzę, że życie na stacji benzynowej jest wspaniałe. Zostaję tutaj, ponieważ tutaj widzę co sekundę złożoność mojego czasu. Chodzi o zmierzenie się z tym całym globalnym chaosem w czasie rzeczywistym – po to, aby myśleć o przyszłości, która próbuje się wyłonić. W ostatnich latach myślałem, że wszystko, co mam przed sobą – moja przyszłość – będzie katastrofą. Ta sytuacja to laboratorium życia w przyszłości.

Dziś w Eko-obozie wystąpił cyrk z Wielkiej Brytanii. Jedyną granicą, której nie mogły przekroczyć dzieci, była scena. Potem grupa dorosłych musiała rozciągnąć sznur, aby błazen mógł na nim chodzić. Udało im się. To była cienka lina rozpięta w powietrzu. Przez minutę utrzymywała pokój, a tutaj chodzi po prostu o pomnożenie tych minut.

fot. A. Marioni

Kiedy czuję się zagubiony, dzieci przychodzą się ze mną bawić. One wiedzą najlepiej, jak poradzić sobie z tą sytuacją. Przez cały dzień zrobiono mnóstwo zdjęć. Niektórzy z ONZ uważają, że niezależne informacje to front, którego nie powinniśmy oddać. Zadałem sobie pytanie, dlaczego powinniśmy również wykonywać pracę redaktorów gazet. Redaktorzy deklarują, że pracują nad zaspokojeniem pragnień publiczności i pokazują sytuację tylko wtedy, gdy pojawia się problem – przemoc. Czy tego naprawdę chcemy dla odbiorców? Stanowisko to tworzy powszechną opinię, że w obozach jest tylko nędza i zamieszki. Spokojne dni nie są newsem na sprzedaż. Dobra wiadomość nie jest żadną wiadomością. Do tej pory ​​nie pokazałem żadnych zdjęć i myślę, że tak zostanie. Czy potrzebujesz więcej zdjęć, aby zrozumieć tę sytuację? Właściwie, czego potrzebujesz?

Dziwne jest to, że tutaj wciąż wierzę w ideę demokracji.

Czasem zadawałem sobie pytanie, czy ta sytuacja ​​jest dowodem na to, że w zachodnich państwach nikt już nie wierzy we własne ideały: konstytucje, powszechne prawo głosu, prawa człowieka. Trudno pogodzić się z tym, że ludzie z zewnątrz wciąż w nas wierzą, kiedy my tak naprawdę utraciliśmy wiarę. Sytuacja tutaj się nie zmieni, dopóki coś się nie zmieni tam, gdzie jest prawdziwy front: w krajach zachodnich. Nie chodzi o rewolucję, chodzi o to, by pozostać w swoim kraju, pracować i pomnażać wspólny dobrostan. Nie budowaliśmy naszej historii przez bycie jednostkami; wzrastamy i żyjemy poprzez ciągłe negocjacje, aby pozwolić każdemu żyć i akceptować różnice. Teraz jesteśmy pokawałkowani. Nic tego nie zmieni.
Nacjonaliści próbują dokonać selekcji kawałków, wybierając tych, którzy wydają się lepsi w chwili, gdy ważne jest stworzenie warunków do budowania mostów pomiędzy fragmentami. Niektórzy wolontariusze boją się powrotu do domu; wiedzą, że istnieje psychologiczny wsteczny ciąg po wyjściu z cywilizacji Eko. Jestem częścią tej fali. Boję się wrócić do domu. Zadaję sobie również pytanie o medialną uwagę, którą obdarzeni zostali dorośli i dzieci, o nawet tu dający o sobie znać system celebrycki. Kiedy to wszystko się skończy, nie będą już więcej fotografowani – staną się naszymi anonimowymi sąsiadami. Nie możemy również zrozumieć jeszcze psychologicznych konsekwencji tej sytuacji, ponieważ uchodźcy są nadal w drodze, ich umysły nie będą wolne, dopóki nie będą mieli dachu nad głową, dokumentu tożsamości i życia w europejskich miastach.

Moje oczy się zmieniają; mogę teraz zajrzeć głęboko w siebie.
Nie ma takiej informacji prasowej, która mogłaby mnie nauczyć więcej. Ograniczam się do dzielenia się tylko tym spostrzeżeniem. Bardzo chciałbym, ale … nie przerzuciłem mostu za pomocą obrazów, dźwięków lub słów między tym doświadczeniem, a ludźmi, którzy nie byli jego częścią. Już nie zastanawiam się nad wspomnieniami. Dzisiaj wszyscy są smutni i szczęśliwi w tym samym czasie. Spędzamy więcej czasu, rozmawiając ze sobą, bawiąc się, będąc w pełni w teraźniejszości, w takich warunkach, które zostały tu stworzone. Ludzie jakoś wierzą w tę małą demokratyczną anarchię, która się tutaj dzieje. Nikt nie ma narzędzi do ratowania cywilizacji Eko przed decyzjami rządu. Kto je ma? Czy ludzie Zachodu są bardziej pozbawieni nadziei niż dwa tysiące uchodźców mieszkających na stacji benzynowej na północy Grecji?

Poświęciłem swój czas, a może i moją ostatnią noc w Eko, aby napisać te słowa. Dla własnej równowagi umysłu wciąż wierzę, że w miejscu, z którego pochodzę, nadal coś może się wydarzyć. Nie jest konieczne, aby każdy zetknął się z obozem dla uchodźców, by ponownie uwierzyć w przyszłość. Możemy to nazwać demokracją, ale bardziej chodzi o tworzenie związków między ludźmi. Ta myśl pomoże mi znaleźć drogę powrotną do domu.

rys. A. Marioni

rys. A. Marioni

rys. A. Marioni

rys. A. Marioni

rys. A. Marioni

Dzień…

Szacuję, że każdego dnia rybacy z Eko wyławiają około pięćdziesięciu ryb, a zaczęli ten proceder dwa tygodnie temu. Lekko licząc oznacza to, że wyłowili już tysiąc ryb z około dwustumetrowego akwenu… i wciąż pozostało mnóstwo małych rybek, które wchłaniają wszystko, co im się podrzuci. Być może w następnym roku również Grecy odkryją bogactwo tej lokalnej ekonomii.

Nasza miejscówka znajduje się pod wiaduktem, słyszymy przejeżdżające ciężarówki przewożące towar z południa na północ Unii i z powrotem. Mam czas, żeby przypomnieć sobie film Francisa Forda Coppoli Czas Apokalipsy, i że nakręcił go już czterdzieści lat temu. Właściwie to często myślę o filmach o wojnie w Wietnamie. Historie są zupełnie inne, ale w jakiś sposób ta sytuacja przypomina mi tę amerykańską sprzed pół wieku. Filmy o Wietnamie bazują często na wojnie psychologicznej toczonej w głowach amerykańskiej młodzieży, ten chaos, ten rząd którego decyzji się nie rozumie, uczucie osamotnienia, bycia nieprzygotowanym i to, że i tak  niewinni ludzie za wszystko zapłacą. 

fot. A. Marioni

W jakiś sposób wszyscy znajdujemy się za kulisami współczesnych konfliktów. Nie musimy ich doświadczać bezpośrednio, nie jesteśmy w Europie, jesteśmy nigdzie, rozwijamy jakieś psychologiczne strategie przetrwania, wszyscy.

Jeżeli nasz system finansowy w końcu upadnie, będziemy uczyli się od uchodźców, jak przetrwać naszą własną apokalipsę.

Zatem dziś żyjemy już prawdopodobnie w czasie po apokalipsie i zapewniam was, to jest możliwe do przetrwania.

Rzeka jest już kompletnie zatruta przez chemię stosowaną na polach, dlatego nie wiem, jak długo jeszcze będziemy cieszyli się zdrowymi rybami i jakie są prognozy przeżycia w tym regionie.
Podczas pikniku, w celu przyrządzenia herbaty, Baba rozpalił ognisko z plastikowych butelek znalezionych na pobliskiej plaży. Następnie podłożył trzy kawałki drewna, żeby podkręcić ogień pod gotującą się wodę. Zatrzymaliśmy się na lunch, bo mieliśmy już osiem sporych ryb. Tutaj duża ryba oznacza coś pomiędzy trzynastoma a dwudziestoma centymetrami; przyszła jakaś grupka dzieciaków, żeby się wykąpać.
Dzieciaki były szczęśliwe, że mogły się wykąpać w chłodnej wodzie, szczególnie że ostanie dni były wyjątkowo upalne. Rybacy wydawali się raczej wkurzeni na hałasujące dzieciaki, bo płoszyły duże ryby. Ostatecznie jednak wszyscy uśmiechaliśmy się na widok szczęścia. Radość powstająca z odpadów, z niczego, w totalnej dziurze jest najpiękniejszym doświadczeniem. Będziemy przerabiać tę całą masę śmieci, które wyprodukowaliśmy przez ostatnie trzydzieści lat, po to, żeby zaparzyć herbatę w głuszy, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i zjeść razem rybę albo dzikie maliny, albo to, co jeszcze zostanie.

Kiedy przeglądam wiadomości, ciągle dowiaduję się o tych samych dwóch czy trzech powodach, dla których nie powinniśmy otwierać granic, tutaj znajduję tysiące powodów, dla których musimy je otworzyć. Jednym z nich, może trochę ekscentrycznym, ale prawdziwym, jest ten, że tutaj ludzie nie zmarnują nawet apokalipsy.

_____________
tłumaczenie: Ewelina Jarosz i Zofia nierodzińska

fot. A. Marioni

Newsletter

Bądź z nami na bieżąco – Zapisz się do naszego newslettera i śledź nas w mediach społecznościowych: